Moim miejscem przez dziesięciolecia było włoskie Bassano del Grappa. Nazywałem je czasem swoim szczęśliwym portem. Może dlatego, że jestem człowiekiem morza i myślę kategoriami portów, rejsów, zawinięć i powrotów. Po tygodniach spędzonych w wilgotnej dżungli, po pustynnych burzach, mrozie Syberii, chorobach tropikalnych czy zwyczajnym zmęczeniu drogą przychodziła chwila, kiedy pragnąłem już tylko jednego: znaleźć się w domu.
Bassano leży u stóp Prealp Weneckich – tam, gdzie góry się kończą i otwiera się rozległa równina Veneto. Niedaleko stąd do Wenecji, niedaleko do Adriatyku. Można przejść przez stare centrum bez pośpiechu, zatrzymać się na kawę, zamienić kilka zdań ze znajomym, wejść na Ponte Vecchio i patrzeć, jak Brenta niesie wodę spod gór. Tam znajdowała się rodzina. Tam dzieci dorastały, tam żona czekała na wiadomości, które nie zawsze przychodziły szybko.
Pomóż w rozwoju naszego portalu





